Kambodża 02.2018

Oto relacja z naszej dwu-tygodniowej wycieczki do Kambodży w lutym 2018.

20180216013410-01-750x501 IMG_20180215_152948-01-750x500

Wyprawa do Kambodży rozpoczęta! Wylot z Warszawy, lądowanie w Dubaju i spacer po Marinie. Próbując dojść na plażę, trafiliśmy do nocnego klubu Barasti, ale nasze podróżne stroje raczej nie były odpowiednie do tego miejsca. Po powrocie na lotnisko lecąc “emiratami” do stolicy Kambodży Phnom Penh mieliśmy międzylądowanie w Yangon – stolicy Birmy. Część podróżnych tu wysiadła, część wsiadła, a Birmańczycy zaczęli sprzątać samolot. Wsiadła także stewardesa Martyna (Polka), która słysząc polski język zrobiła sobie krótką przerwę i dosiadła się do nas na chwilę.
Po półtorej godziny lotu z Yangon wylądowaliśmy w Phnom Penh.
20180216013348-01-750x501 20180216013544-01-750x499

Po wczorajszym wieczorze zapoznawczym (na hotelowym dachu) czasu na spanie nie było zbyt wiele, ale na szczęście w samolocie wszyscy się wyspali na zapas. Rano przed hotelem w Phnom Penh czekały już na nas tuk-tuki, którymi pojechaliśmy na khmerskie śniadanie. Zaraz potem ruszyliśmy poznać naocznie historię Kambodży z lat 70-tych XX wieku. Pierwsze miejsce do którego pojechaliśmy to Pola Śmierci oddalone 15 km od centrum Phnom Penh. Miejsce skłania do refleksji, a zwiedzających, którzy spacerują pomiędzy masowymi grobami jest dużo. Panuje tu przejmująca cisza. To tu żołnierze Pol Pota zamordowali i zakopali 17 tys. ofiar. Jeszcze w niektórych miejscach widać wystające z ziemi ubrania zamordowanych. W skrzyniach wystawione są ludzkie kości, a w wielkiej stupie znajduje się ponad 5 tys. czaszek. Wiele z nich ma ślad po uderzeniu motyką lub jakąś pałką. To przygnębiające miejsce, podobnie jak Toun Slang (S-21) – szkoła zamieniona na więzienie by przesłuchiwać i torturować podejrzanych o współpracę z Amerykanami. Tutaj kończymy z przykrymi miejscami i dalej jedziemy tuk-tukami pod Pomnik Niepodległości, a stamtąd spacerkiem kierujemy się na bulwar. Po drodze mijamy stragany z jedzenie. Można więc skosztować ptaszki z grilla, larwy, żaby, karaluchy, … na razie jednak nikt się nie decyduje. Spacer po bulwarze, potem obiad w khmerskiej restauracji i nocny market stojący przy rzece Tonle Seap, gdzie jest bardzo gwarno. Z tyłu jest kilkanaście straganów z “ulicznym” jedzenie, a zamiast stolików i krzeseł rozłożone są dywany. Tuż obok na targu warzywnym kupiliśmy mangostany – ulubiony owoc Magdy, a w czasie wieczornego spaceru w pobliżu hotelu Darek skusił nas jackfruitem.
20180216195844-01-750x499 20180216195821-01-750x501 20180216195912-01-750x500 20180216200142-01-750x501 20180216195957-01-750x501 20180216195939-01-750x501 20180216200025-01-750x500 20180216200213-01-750x501 20180216200348-01-750x501 20180216200415-01-750x500

Podróż z Phnom Penh do Siem Reap trwała 7 godzin (320 km). W autobusie byliśmy jedynymi białym, więc dzieci patrzyły na nas nieco zdziwione. Na pierwszym postoju przy parkingu był targ, gdzie można było kupić owoce oraz inne przysmaki. Spróbowaliśmy palmfruit – owoc (na zdjęciu) nieco mniejszy od kokosa, z ciemną grubą łupiną, a w środku trzy owoce wielkości śliwki. Po wyjęciu ich miąższ otoczony był cienką skórką, a wewnątrz zamiast pestki – słodki sok. Po powrocie do autobusu okazało się, że Mikołaj kupił na targu smażone larwy w papryce. Przed zjedzeniem tego musiałem wyłączyć myślenie o tym co jem. Miękkie larwy w smaku nieco przypominają migdały. Po przyjeździe do Siem Reap zapakowaliśmy walizki na tuk-tuki i jazda do hotelu. Wieczorem poszliśmy na spacer wokół najbardziej kultowej ulicy w Siem Reap – Pub Street. Była kolacja z żabą na talerzu, potem taneczno-muzyczny show “trzeciej płci” i… pisząc ten tekst nie wiem co się dzisiaj jeszcze wydarzy.
20180217130611-01-750x500 20180217130130-01-750x500 20180217130243-01-750x499 20180217130217-01-750x501 20180218000058-750x501 20180217235954-750x501 20180217235916-750x501 20180217235642-750x501

Dzisiaj pierwszy dzień zwiedzamy Angkor – najbardziej znane miejsce w Kambodży i w całej Azji Południowo-Wschodniej. Rozpoczęliśmy od grupy świątyń Roluos, które zostały wybudowane przez Indrawarmana I i Jaśowarmana I w IX w.: Bakong, Preah Ko i Lolei. Nie są to zbyt popularne świątynie w Angkor, dlatego turystów nie jest wielu. W Bakong (symbolizuje górę Meru) wdrapujemy się po stromych schodach pod samą wieżę, która swoim kształtem przypomina kwiat lotosu. Z głośników  dochodzą buddyjskie śpiewy. Jeździmy dziś tuk-tukami do wybranych świątyń, ponieważ w ciągu trzech dni nie jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkich. Następnie jedziemy do Banteay Kdei, a po lunchu do miejskiej świątyni Bajon w Angkor Thom. Ta jak na razie robi największe wrażenie poprzez swoją wielkość i charakterystyczne twarze patrzące na nas z tajemniczym uśmiechem. Ludzi jest tu bardzo dużo.
20180219005822-01-750x500 20180219005853-01-750x499 20180219010043-01-750x501 20180219010235-01-750x499

Z samego rana wyjeżdżamy z Siem Reap. Prosta droga zmienia się w ostry podjazd i nasz kierowca Nim musi wyłączyć klimatyzację w aucie, żeby jego nie młody już minivan z 11 osobami w środku wjechał pod górkę. Czerwona (nie wyasfaltowana) droga tak mocno się kurzy, że wszystkie drzewa i krzaki wokół nabierają krwistego koloru. Docieramy do parkingu z którego droga przez plac ze straganami prowadzi nad wodospad. Woda nie jest zbyt ciepła, ale nie wszystkim to przeszkadza i wskakują do rzeki. Tuż obok wodospadów jest przebieralnia, gdzie za jednego dolara można wypożyczyć schowek na ubrania i kąpielówki. Świątynie w Kulen porozrzucana są na terenie kilkunastu kilometrów w dżungli na wzgórzu i dostęp do nich nie jest łatwy. Jedziemy do wielkiego Buddy, oraz do tysiąca lingamów, które leżą na dnie rzeki. Wracając z Kulen zatrzymujemy się w Banteay Srey, gdzie misternie rzeźbione w czerwonym piaskowcu reliefy na ścianach świątyni wprowadzają wszystkich w zachwyt. Niedaleko stąd znajduje się Muzeum Min Lądowych, założone przez Aki Re, który prowadzi także szkołę dla kalekich dzieci lub sierot, na drodze których stanęły miny i niewybuchy. Zwiedzanie kończymy w świątyni Pre Rup czekając na zachód słońca, ale niebo jest tak zachmurzone, że decydujemy się wcześniej wracać do hotelu.
20180219194856-01-750x501 20180219194316-01-750x501 20180219194734-01-499x750 20180219194136-01-499x746 20180219193943-01-499x748 20180219193707-01-750x501 20180219192238-01-750x501 20180219193848-01-750x501 20180219192151-01-750x501 20180220010344-01-750x501

Wczoraj wieczorem przez dwie godziny szukaliśmy t-shirtów z rysunkiem Angkor Wat. Wydawałoby się, że przy takiej ilości towaru odzieżowego w tym miejscu nie będzie z tym problemu. Nasze dziewczyny jednak wybrały taki odcień niebieskiego, że mieliśmy wrażenie, iż po 5 sztukach wykupiliśmy wszystkie koszulki w tym kolorze w całym mieście. Obeszliśmy kilka Night Marketów i straganów, pokazując już kupione i mówiliśmy “the same colour, the same design” (ten sam kolor, ten sam wzór). Co kilkanaście minut dochodziła kolejna do naszej reklamówki, aż w końcu po dwóch godzinach zwycięstwo! Kupiliśmy cztery S-ki, trzy koszulki w rozmiarze M, jedną L i dwie XL. Dzisiejszego dnia stworzyliśmy zgrany zespół (z wizerunkiem Angkor Wat na piersi) powodując uśmiech na ustach zarówno turystów jak i obsługi. Odnalezienie całej grupy w tłumie stało się dla mnie bajecznie łatwe. Czasami tylko, widok tej samej koszulki u innego turysty budził u nas salwy śmiechu.

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy o godz. 5 rano, kiedy to ruszyliśmy w potoku tuk-tuków i z latarkami w ręku szliśmy przez pontonowy most, który bujał się na “falach” fosy. Zamierzaliśmy zobaczyć wschód słońca w Angkor Wat. I tak też się stało, wschód słońca był, ale niestety za chmurami, a turystów jak zwykle było bardzo dużo. Po śniadaniu pojechaliśmy do Angkor Thom by oglądnąć to czego nie zdążyliśmy zobaczyć pierwszego dnia. Weszliśmy więc na Baphon (największe puzzle świata po rządach Czerwonych Khmerów), Pinamekas, oraz Taras Słoni i Taras Trędowatego Króla. Następnie przejechaliśmy Wielka Pętlą w Parku Archeologicznym Angkor zatrzymując się przy Preah Khan, Neak Pean, Ta Son, East Mebon. Na zakończenie trzydniowego zwiedzania Angkor zostawiliśmy sobie na koniec perełkę: Ta Prohm i Angkor Wat. Na wszystkich zrobiły ogromne wrażenie. Pierwsza poprzez swoją tajemniczość i niesamowitą plątaninę korzeni, którą możecie zobaczyć w filmie “Tomb Rider”. Natomiast druga przez swoją wielkość i rozmach  budowniczych. Stopień zachowania oraz ilość płaskorzeźb w Angkor Wat powoduje, że jest ona numerem jeden wśród prawie pięćdziesięciu świątyń wokół Siem Reap. Dzisiejsza temperatura (prawdopodobnie najwyższa od początku naszej wyprawy) dała w kość wszystkim uczestnikom, wiec powrót do klimatyzowanego hotelu i kąpiel mocno przyciągają. Po odświeżeniu, udaliśmy się do nieodległej restauracji serwującej khmerskie przysmaki, a po kolacji jest spotkanie w pokoju u kierownika żeby uzgodnić jutrzejszy dzień, a przy okazji prowadzić “nocne rozmowy Polaków”.
20180220131134-01-750x501 20180220185331-01-750x501 20180220131425-01-750x501 20180220132424-01-750x501 20180220185722-01-750x501 20180220132514-01-750x501 20180220185614-01-750x501 20180220131504-01-750x501

Przez 3 dni jeździliśmy po świątyniach Angkoru, a następnego zrobiliśmy sobie przerwę od zwiedzania i pojechaliśmy do centrum Siem Reap, żeby zrobić sobie coś do jedzenia. Dosłownie. Trafiliśmy do restauracji La Tigre de Papier na Pub Street, gdzie zapisaliśmy się na cooking class, czyli lekcję gotowania khmerskich potraw. Najpierw jednak poszliśmy z kucharką na targ, gdzie pokazała nam jakie produkty mamy kupić na nasze potrawy. Podzieliliśmy się na dwie grupy i każda z nich wybrała sobie na obiad trzy dania: była więc sałatka z krewetkami, sałatka z mango, amok i zupa tom yam, a na deser smażone banany z marakują i mleczkiem kokosowym. Ubraliśmy gustowne czerwone fartuchy i każdy przy swoim stanowisku zaczął od krojenia warzyw. Następnie mieszanie, gotowanie, dressing, flambirowanie, doprawianie. Na końcu wycinamy kwiatek z marchewki do dekoracji i obiad gotowy. Obżarstwo!
20180221152432-01-750x501 20180221152551-01-750x501 20180221153141-01-750x501 20180221152810-01-750x501 20180221152728-01-750x501 20180221152947-01-750x501 20180221152642-01-750x501 20180221152927-01-750x501

Pół godziny autem od Siem Reap (Kambodża) znajduje się największe jezioro w tej części Azji – Tonle Sap. Teraz leży ono dalej od miasta niż w sierpniu i wrześniu, ponieważ wtedy jest pora deszczowa i jest tyle wody, że jezioro potrafi powiększyć się nawet pięć razy. Od jesieni do wiosny jest pora sucha, więc rzeka którą płyniemy jest wąska i płytka dlatego nasz statek ma problemy, żeby pokonać mieliznę i wypłynąć z przystani. W końcu docieramy do miejscowości Kampong Phlung, gdzie rzeka wije się pomiędzy domami. Stoją one na kilku metrowych palach. Teraz te pale widzimy, natomiast w porze deszczowej poziom wody tak się podnosi, że tafla wody sięga niemal, że do samej podłogi domów, a mieszkańcy muszą zamienić motory na łodzie. W porze suchej to miejsce wygląda całkiem inaczej niż w porze deszczowej. Za miastem mijamy po prawej stronie zalany las, który teraz jest suchy, a po chwili wypływamy na pełne jezioro. Drugiego brzegu nie widać. Zamieniamy jedną dużą motorową łódź na 5 małych – dwuosobowych, napędzanych wiosłami przez kobiety. Płyniemy w kierunku brzegu, między zalanymi krzakami i drzewami. Zatrzymują się tam kobiety na łodziach i sprzedają napoje, owoce, zeszyty i ołówki, które można podarować uczniom w szkole. Sprzedawczyni spytała czy kupimy także wodę dla naszej wioślarki, ponieważ jest biedna i spragniona. Oczywiście się zgodziłem, a nasza właścicielka łódki w ostatniej chwili zmieniła zamówienie z wody na ciasteczka – 4 razy droższe od wody.
20180223000152-01-750x501 20180223000232-01-750x501 20180223000217-01-750x501 20180223000405-01-750x501 20180223000441-01-750x501 20180223000506-01-750x501

Miasteczko Siem Reap w Kambodży jest sypialnią dla Parku Archeologicznego Angkor. Przez cały dzień zwiedza się tu świątynie oddalone o kilkanaście kilometrów od miasta, a wieczorem można odpocząć w restauracjach na Pub Street, lub w jej okolicy. Wieczorem idziemy na kolację połączoną z pokazem tańcu Apsar. Apsary w mitologii indyjskiej to żeńskie bóstwa, boginie wody, mgieł i chmur. Według legendy Apsary powstały z mlecznej piany Oceanu Mleka w czasie gdy bogowie szukali eliksiru na nieśmiertelność. Kilka kobiet w tradycyjnych khmerskich strojach tańczy przed nami jak niegdyś przed królem, a dwójka małych dzieci przy scenie powtarzało ruchy tancerek. Taniec Apsar składa się z 3,5 tys. gestów, które mają ściśle określone znaczenie. Dzięki gestom tancerze opowiadają proste historie z życia codziennego, bądź złożone opowieści przedstawiające legendy khmerskie i religijne mity. Opowiadają historie o miłości i cierpieniu, wojnie i pokoju, radości i strachu, o powstaniu świata…
Po przedstawieniu nasze Apsary kontynuowały taniec w hotelu.
W pobliżu Siem Reap znajdują się dwie farmy krokodyli. Kilkadziesiąt gadów leży w betonowych klatkach i z otwartymi paszczami chłodzą się. Za 10 USD można rzucić im żywą kaczkę, ale chyba są nażarte, ponieważ nie robi to na nich wrażenia. Wokół nas pojawiają się miejscowe dzieci, które biorą nas za ręce i ciągną do kolejnych krokodyli, oraz do sklepów z wyrobami z ich skóry. W niektórych restauracjach w Siem Reap można kupić dania z mięsa krokodyli, które smakiem przypomina mięso kurczaka.
20180223190405-01-750x500 20180223190121-01-750x501 20180223185753-01-750x501 20180223185848-01-750x501 20180223191306-01-750x501 20180223190635-01-750x501

Kilka dni odpoczywamy na plażach Kambodży. Sihanoukville to miasteczko w południowo-wschodniej części kraju, które jest znanym miejscem wśród turystów. Wynajmujemy łódź i płyniemy dwie godziny na niewielką wyspę Koh Rong Sanloem. Morze jest płaskie, a łódź spokojnie przecina wodę. Do czasu… oddalając się od brzegu morze robi się coraz bardziej wzburzone i zaczyna bujać łodzią. Grzesiu rozdaje tabletki, a Wanda szybciutko ubiera kamizelkę ratunkową. Łódź groźnie zaczyna się przechylać to w jedną, to w drugą stroną. Pomimo tego, że sternik ustawia dziób łodzi do fal to z wyższego pokładu zaczynają spadać filiżanki ze stolików. Załoga statku natomiast chodzi po pokładzie jakby to był stały ląd. Zatrzymujemy się przy wyspie Koh Thas gdzie można chwilę snorkować w ciepłej przybrzeżnej wodzie. Naszym celem jest jednak Koh Rong Sanloem. Plaża na tej wyspie to cudowne miejsce: biały piasek, ciepłe i czyste morze, w którym mielizna ciągnie się daleko od plaży. Do tego są knajpy nad wodą, piękna pogoda, a na wyspie nie widać zbyt wielu głośnych Chińczyków. Dziewczyny siedzą w wodzie, a “kelnerzy” donoszą im drinki. Niestety po dwóch godzinach cudownie spędzonego czasu w prześlicznych okolicznościach przyrody musimy wracać na statek. I sytuacja znowu się powtarza: najpierw spokojne morze, na którym fale robią się coraz wyższe, łódź zaczyna się mocno bujać, Grzesiu rozdaje tabletki, Wanda i pozostałe dziewczyny się boją, garnki w kuchni spadają, a na górnym pokładzie ktoś “oddał” obiad. Jest przygoda!
20180225154739-01-750x501 20180225154803-01-750x500 20180225154830-01-750x502 20180225154652-01-750x500 20180225155035-01-750x501 20180225155017-01-750x501 20180225154931-02-750x501 20180225155107-01-750x501

Godzinę drogi na wschód od Sihanoukville znajduje się Park Narodowy Ream. Jedziemy tam autem. Po drodze zabieramy Nuna i zatrzymujemy się w bardzo biednej wiosce, skąd ruszamy na spacer po dżungli. Nun jest strażnikiem Parku i przez dwie godziny będzie nas oprowadzał po parku. Jest pora sucha więc oczka wodne i rzeka wyschły, dlatego duże zwierzęta poszły w głąb dżungli. Z mniejszych zwierząt najwięcej było komarów. Podobno są tam też niewielkie krokodyle, które broniąc swoich dzieci łapią turystów za kostki. Park zajmuje 21 tys. ha. Kolejnym celem naszej wycieczki są plantacje pieprzu, ponieważ pieprz z Kampot znany jest na całym świecie. Najpierw przewodnik opowiada nam o historii plantacji, uprawy i rodzajach pieprzu, a potem próbujemy go. Rodzai jest kilka: czarny, czerwony, biały, czarny z solą, łagodny pieprz bardzo drobny oraz w kształcie długich szyszek. Na tej plantacji wytwarzają także sól, kurkumę i kilka rodzajów owoców: ananasy, marakuje, pomelo oraz smocze owoce.
20180225180044-01-750x501 20180225180130-01-750x501 20180225180328-01-750x501 20180225180445-01-750x501 20180225180846-01-501x750 20180225180944-01-501x747 20180225181201-01-501x748 20180225181025-01-750x501

Sihanoukville to miasto leżące w południowej części Kambodży nad Zatoką Tajlandzką. Przez ostatnie lata miasto się bardzo zmieniło. Wzdłuż plaży stoją bary i restauracje, w których jeszcze dwa lata temu bawiło się tam masę Europejczyków i Amerykanów. Siedziało się do 2-3 w nocy przy alkoholu, głośnej muzyce i świeżych owocach morza. Teraz jest inaczej. Część barów została zburzona, a w to miejsce postawiono niebieskie ogrodzenie sugerujące, że coś się tu buduje. Pewnie kolejny chiński hotel. Restauracje przy plaży świecą pustkami, a gdzieniegdzie siedzą grupy głośnych Chińczyków. Biali już tu nie przychodzą, więc o godz. 22 wiele z barów jest zamknięta. Europejczycy i Amerykanie przenieśli się w głąb miasta, niedaleko pomników lwów, gdzie knajpy i restauracji często prowadzone są przez białych. Tu jeszcze można posiedzieć do późnych godzin nocnych. W mieście powstało kilkanaście hoteli z kasynami, a kolejne się budują. To inwestycje chińskie budowane z myślą o Chińczykach. Mam wrażenie, że atmosfera w mieście mocno się zepsuła, na szczęście jest jeszcze kilka rzeczy dla których warto przyjechać do Sihanoukville. Nieco dalej od centrum miasta na sporym zalesionym terenie znajduje się klasztor buddyjski Wat Krom. To magiczne miejsce z wieloma posągami, wieżami nagrobnymi i świątyniami, wokół których kręcą się mnisi w szafranowych szatach. Z kilku miejsc dobiegają głosy modlitwy, w jednej ze świątyń nad urną z prochami modły odprawia mnich, a przy cmentarzu nad ciałem odbywa się ostatnie pożegnanie. Do Sihanoukville warto też przyjechać, ponieważ stąd wypływają łodzie na egzotyczne wyspy np. Kong Ron Sanloem. W Sikhanoukville nadal podają wyśmienite owoce morza, a centralny targ w Downtown przyciąga swymi kolorami. Mam jednak wrażenie, że większość Europejczyków i Amerykanów uciekła z “chińskiego” miasta Sihanoukville do oddalonego o 130 km na wschód Kampotu. Kampot nie ma wprawdzie dostępu do morza, ale miasto przyciąga swoją kolonialną atmosferą. Nie ma tu egzotycznych plaż, a restauracje ciągną się wzdłuż rzeki. W Kampot nie ma także znanych świątyń, spektakularnych miejsc, ale nie ma tu także tylu Chińczyków.  Panuje senna atmosfera, jest czas na robienie “nic”.
IMG_20180223_091859-01-750x499 20180226164244-01-750x501 20180226163740-01-750x501 20180226163809-01-750x501 20180226164105-01-750x501 20180226164153-01-750x500 20180225180532-01-750x501 20180225180757-01-750x501 20180225180633-01-750x501 20180225180512-01-750x501

Nasza wyprawa do Kambodży powoli się kończy. Przez pięć godzin jedziemy minivanem z Sihanoukville do Phnom Penh. Pierwszego dnia wycieczki w stolicy zwiedzaliśmy miejsca związane z Czerwonymi Khmerami (Pola Śmierci i więzienie Tuol Slang). Dzisiaj będziemy zwiedzać bardziej przyjemne miejsca. Po śniadaniu wynajętymi tuk-tukami jedziemy do Wat Phnom – to świątynia, której początki sięgają XIV wieku. Legenda głosi, że Pani Phnom znalazłszy w rzece cztery posążki przedstawiające Buddę postawiła je na ołtarzu na wzgórzu i stały się one dla mieszkańców przedmiotem kultu. Z czasem drewniana świątynia została zastąpiona murowaną. Obok stoi biała stupa ze szczątkami królów, a poniżej miejsce gdzie wierni boczkiem i jajkami karmią kamienne lwy. Po modlitwie w Wat Phnom jedziemy do Muzeum Narodowego, w którym wystawione są eksponaty ze świątyń w Angkorze. Podobno dyrektor muzeum studiował kiedyś na polskiej uczelni i mimo tego, że jest Khmerem to świetnie mówi po polsku. Czy to prawda czy fałsz? Nie mogliśmy tego sprawdzić, ponieważ dyrektor pojechał do Ministerstwa Kultury (i czegoś tam jeszcze) i nie było go na miejscu. Potem pojechaliśmy na Russian Market zrobić ostatnie zakupy. Tu kupiłem najtańszego kokosa w życiu – kosztował 2000 riali czyli 1,70 zł. Po lunchu pojechaliśmy do Pałacu Królewskiego. Króla Sihamoniego wprawdzie nie widzieliśmy, ale Pałac oraz Srebrna Pagoda, która stoi na terenie królewskim robią duże wrażenie.
Wracając tuk-tukiem z całodziennej wycieczki po Phnom Penh dziewczyny rozglądając się stwierdziły, że chyba był dzień sprzątania świata, ponieważ teraz stolica Kambodży wygląda zdecydowanie lepiej niż wtedy kiedy tu wylądowaliśmy – tak tu czysto i nie ma walających się wszędzie śmieci. Hmmmm….
20180227220043-01-750x501 20180227220015-01-750x500 20180227215910-01-750x501 P2660030 20180227215817-01-750x501 20180227215557-01-750x500 20180227215626-01-750x501 20180227215744-01-750x500

Wróciliśmy do Polski z dwutygodniowej wycieczki do Kambodży. Nieco zmęczeni i z lekkimi uszczerbkami na zdrowiu, ale szczęśliwi i bardzo zadowoleni (mam nadzieję, że cała grupa). Najważniejsze, że wrócili wszyscy :-) . “Przygoda czyha za rogiem” tak często powtarzaliśmy z uśmiechem na twarzy. I trochę tych niespodziewanych przygód było, no może nieco za dużo. Nie będę pisał o biegunkach (nawet kilkudniowych), zatruciach pokarmowych, bo takie rzeczy często się zdarzają w krajach Azji, gdzie jest inna flora bakteryjna i różnie bywa z myciem rąk przez kucharzy. Na to jednak nie mamy wpływu, dlatego w ruch idzie stoperan, nifuroksazyd, xifaxan, czy imodium (dzięki nieograniczonej apteczce Grzesia).
W Azji bardzo trzeba uważać na klimatyzację, ponieważ na zewnątrz temperatura często przekracza 32 st. C, więc w pokojach, czy autach nie można klimatyzatorów nastawiać na najniższe temperatury. Na to też nie mamy wpływu bo jeździmy komunikacją publiczną, więc kierowcy robią z klimą co chcą. W czasie tego wyjazdu kilkakrotnie zepsute były nawiewniki i na efekt nie trzeba było długo czekać. Magda najpierw nie mówiła, potem jakby przechodziła mutację, no a kaszel to przywiozła do Polski. Jednym plusem tego było to, że zawsze przy liczeniu wszystkich uczestników wiedziałem (bo słyszałem) gdzie ona jest. Grzegorz wkracza do akcji: najpierw osłuchuje plastikową butelką (ponieważ stetoskopu nie ma), analizuje, diagnozuje, otwiera apteczkę i podaje różnokolorowe tabletki (niebieskie też).
Kolejną ofiarą Kambodży była Gosia, ponieważ nabawiła się wysypki. Grzesiu znowu otwiera apteczkę i wyciąga przeciwalergiczny loratan.
Z czasem zaczęło robić się bardziej niebezpieczniej. Mikołaj zwiedzając Angkor Thom tak był zapatrzony w kamienne twarze Jawarmana VII, że nie zwrócił uwagę na nierówne kamienie w świątyni, źle stanął i zwichnął kostkę. Zaczęła boleć, puchnąć i skończyło się dla niego szybkie chodzenie, ale dobrze, że mamy lekarzy w grupie. Grzesiu znów otwiera apteczkę i wyciąga maści, bandaże i… ma nowego pacjenta. W kolejnych dniach przy zmianie bandaży oglądamy kolorowe zabarwienia kostki Mikołaja (to lepsze niż zachód słońca w Angkor Wat). Na szczęście Mikołaj jest twardy i kuśtykając próbuje dotrzymać nam kroku, a po tygodniu już prawie biega. Dzień przed podróżą z Sihanoukville do Phnom Penh jedziemy do Narodowego Parku Ream pospacerować po dżungli. Prowadził nas ranger Nun, obeznany w terenie, a ja-kierownik zamykam grupę. Schodząc z góry usłyszałem krzyk i po chwili widziałem już Anię siedzącą na ziemi jak z grymasem na twarzy trzyma się za kostkę. Kolejne zwichnięcie. Po konsylium lekarskim, które odbyło się nad Anią w dżungli, Grzesiu nasz super lekarz znowu otwiera apteczkę, a ranger Nun idzie szukać dobrego kija-laski dla Ani. Noga mocno boli, zaczyna puchnąć, maści, bandaż, chwila odpoczynku. Sytuacja robi się groźna, ponieważ Gosi kończy się zapas bandaży. Ania wstaje i powoli schodzi w dół niemal skacząc na jednej nodze. Po drodze do Sihanoukville uzupełniamy zapas bandaży. Następnego dnia po przyjeździe do stolicy Kambodży jedziemy do kliniki. Diagnoza jest zaskakująco groźna: złamanie kostki bocznej, czyli strzałki. Po długich próbach namowy, Ania w końcu zgadza się na gips. Gdyby nie to, że kolejnego dnia mamy wylot do Polski mogłoby się skończyć nawet operacją w Phnom Penh. W dniu wylotu Ania o kulach jedzie na lotnisko, tam siada na wózek i w klasie business (zalecenie lekarza) ma na całej trasie fachową opiekę. Niestety w klasie business leci sama, pozostała część grupy w ekonomicznej, więc za bardzo nie ma do kogo się odezwać, co jest dla niej bardziej dotkliwe niż ból nogi.
Tuż przed wylotem dostaję w Phnom Penh zdjęcie od Darka z krwawiącą nogą i podpisem: “wysiadając (z tuk-tuka) uszkodziłem kolano i się wykrwawiam”. Oczywiście octenisept czekał już w pogotowiu, ale Darek powiedział: “jak się nie będzie kwalifikowało do business class to samo się zagoi”.
Grzegorz w czasie tego wyjazdu wielokrotnie otwierał apteczkę i rozdawał: zofran, xifaxan, imodium, pyralgina, ketonal, dexak, dexamethason, loratan…
GRZESIU BARDZO CI DZIĘKUJEMY!!! :-)
P2650735 P2650740 IMG-20180302-WA0011 28694408_1834148726598052_1655421823_o IMG-20180228-WA0008 28584989_1834148209931437_1739819439_o P2650975 P2660089

Kolejne wyprawy do Kambodży: więcej szczegółów tutaj.

          Było super mimo nękającego upału (ja niestety jestem zwierzę lubiące nieco niższe temperatury) pod każdym względem. Organizacyjnie perfect. Jesteś super fajnym Kierownikiem, z poczuciem humoru i elastycznym. Potrafiłeś nas słuchać i jednocześnie realizowałeś program . Twój spokój dawał poczucie bezpieczeństwa. Być przewodnikiem stada 10 różnych charakterów to niełatwe zadanie, ale Ty dawałeś sobie doskonale z tym radę. Rafał obiecaj, że zabierzesz mnie (i Gośkę) na kolejne wyprawy do Azji: Indochiny i Japonia. Gdyby nie było fajnie to z pewnością byłby to mój ostatni wyjazd z Tobą do Azji i nie tylko. A My chcemy jeszcze. To jest moja opinia i nie ma w niej kokieterii.

Wanda – Wrocław

 

          To nie będzie opinia. Raczej relacja: „Jak wybraliśmy się z Rafałem do Wietnamu i Kambodży”.
Wyprawa do Azji. Po przejrzeniu internetu wybór padł na Wietnam. Pojedziemy sami, mnóstwo osób tak robi. I relacje wskazują, że nie wszystkim wychodzi. Szukamy ofert i znajdujemy kilka podobnych. Program „dowietnamu.pl” wydał nam się ciekawy – prowadzi doświadczony przewodnik, do tego dziennikarz, fotograf, słowem szycha i ciekawy człowiek. Jak się później okazało, ciekawy to za mało powiedziane. Przekonujący od pierwszej rozmowy telefonicznej. Później był Wietnam, który grupce 10 obcych osób nasz Przewodnik pokazał tak, że nie chcieliśmy się rozstawać ani z Azją, ani ze sobą. Potem było spotkanie powycieczkowe i planowanie kolejnej wyprawy. Tak urodziła się Kambodża w nieco zmodyfikowanym składzie. Sam wyjazd, choć dopracowany w szczegółach, podobnie jak poprzedni, pozwalał na modyfikacje, którym Rafał się poddawał lub nie. Wymysły uczestników mogły być realizowane pod warunkiem, że były bezpieczne (obsesja naszego Przewodnika). I znowu grupa świetnie się bawiła, a Rafał zyskał powszechne uwielbienie, okazywane na każdym kroku. Czołobitność uczestników sprawiła, że w internecie przed imieniem Rafała pojawił się tytuł: Król Azji. Szczegóły koronacji nie powinny być podawane do powszechnej wiadomości – dość, że było hucznie. Zresztą mimo zmęczenia, wieczory dworu królewskiego niemal codziennie przeciągały się do późnej nocy. Kambodża pokazana przez Króla była zachwycająca – nie można wyobrazić sobie niezwykłości tego kraju, jego momentami strasznej historii, monumentalnych świątyń w dżungli, nie widząc tego na własne oczy (pod opieką doświadczonego oprowadzacza). I wodospadów, lazurowych wód srebrzystych plaż i bajkowych wysp (wszystko w relacjach Rafała i na zdjęciach)! A jedzenie takie, że nie chciało się wyjeżdżać. Ten wyjazd to było niezwykłe doświadczenie i świetna zabawa. Ale cóż się dziwić – w końcu prowadził nas Król Azji…

Grzegorz z Wrocławia

Kraje

Wietnam

Kambodża

Sri Lanka

Birma

Ostatnie wpisy

Azja

ciekawostki

video

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress