Aktualności

Kąpiel, jaskinie, a nawet kąpiel w jaskiniach

28 lutego 2020
Autor:
Rafał

Wakacji w Laosie ciąg dalszy.  Zorganizowaliśmy sobie dzień speleo, ale musimy  wynająć dużego tuk-tuka i pojechać kilkanaście kilometrów  za Vang Vieng by odwiedzić okoliczne jaskinie. Głównym celem  była bardzo znana Jaskinia Wody. Po drodze do niej wstąpiliśmy  do kolejnej w Laosie jaskini o tej samej nazwie – Jaskini Słonia.  Jest ona właściwie większą grotą ukrytą w samotnej skale, która zawiera  ołtarz z posagami buddów i ogromnym odciskiem stopy Buddy. Nieco wyżej na skale  widnieje naturalny kształt sylwetki słonia. Nasz najważniejszy cel – Jaskinia Wody  to niesamowity system niskich korytarzy zalanych wodą, do których wpływa się na gumowych dętkach przeciskając  się przez bardzo niskie wejście. W środku poruszaliśmy się płynąc wzdłuż rozciągniętych lin uzbrojeni w kaski i  latarki czołowe. Kiedy dotarliśmy do końca olinowanych korytarzy, popłynęliśmy jeszcze w nieubezpieczonym odcinku jaskini,  co zapewne nie wzbudziłoby entuzjazmu obsługi, ale na szczęście byliśmy sami. Był dreszcz emocji, bo nie wiedzieliśmy, co  nas czeka, ekscytująca cisza, kiedy wszyscy zgasiliśmy latarki i plusk czarnej jak smoła wody. Stamtąd przespacerowaliśmy się  do Jaskini Pha Tha. Ta niepozorna i leżącą nieco poza głównym szlakiem jaskinia zaskoczyła nas pięknymi naciekami zdobiącymi zwężające  się coraz bardziej korytarze. Jaskinia rozciąga się na dwóch poziomach połączonych drewnianą drabinką. Adrenaliny dostarczała nam obecność licznych  pajęczaków, z których jeden był wielkości dłoni i wyraźnie czaił się na sklepieniu, żeby rzucić się nam do gardeł. Z ulga zostawiliśmy potwora  i udaliśmy się do Jaskini Loup. Nie wiadomo, czy nazwa ma coś wspólnego z wilkiem, czy to laotańskiego słowo. W każdym razie jest to chyba najpiękniejsza  jaskinia w okolicach Vang Vieng. Przepiękne stalaktyty i stalagmity były zupełnie białe i wyglądały jak kryształy soli. Formowały skalne kurtyny, kaskady i  falujące wachlarze na niewidzialnym podziemnym wietrze. Spąg jaskini pofałdowany był w nieprawdopodobne tarasy przypominające pola ryżowe opadające we wszystkich kierunkach. Był  też mały ołtarz ukryty w ciemności i kilka posążków Buddy Sakjamuniego na skalnych półkach. Nasyciwszy oczy pojechaliśmy na drugą stronę miasta do mekki turystów i backpackersów – Błękitnej  Laguny utworzonej naturalnie na dopływie rzeki Nam Song. Jest to pięknie położone głębokie oczko wodne, do którego można skakać z drzewa, albo zwyczajnie popływać z rybami. Większość z nas szybko  zanurzyła się w wodzie, żeby zmyć kurz wyprawy, a Asia zachwyciła zgromadzonych pięknymi skokami z wysokości. Jedynie dwie osoby, które lubią żyć w brudzie, udały się do pobliskiej Jaskini Kraba,  do której wejście ukryte było wysoko w skalnej ścianie. Wszystko tam było ogromne i monumentalne. Stalagmity wysokie na dziesiątki metrów, sklepienie ginące w mroku, a spąg zasłany skałami wielkości  ciężarówek, między którymi trzeba było się przeciskać, uważając na studnie i leje niknące w czeluściach góry. Była to zdecydowanie najbardziej wymagająca i niebezpieczna jaskinia, którą odwiedziliśmy i  wyszliśmy z niej wykończeni. Łatwo się w jej czeluściach zgubić i jeśli gdzieś mieszkają laotańskiego olbrzymy, to właśnie tu. Nie są same, ponieważ u wylotu jaskini znajduje się kamienny ołtarz z posągiem  leżącego Buddy, pięknie oświetlony światłem przedzierającym się przez tropikalną roślinność.

Autorek tekstu jest Aleksander.